Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „Wonderland” - Lanaism • Lana Del Rey Polska
 

Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „Wonderland”

Razem z Laną Del Rey siedzimy na krawężniku i próbujemy odpalić papierosy nową zapalniczką w kształcie sztabki złota. Drobna piosenkarka, ubrana w skórzaną kurtkę i obcisłe dżinsy, jej jasnobrązowe loki lekko opadają na jej ramiona. W końcu udaje się jej przeciąć powietrze małym płomieniem, który produkuje zapalniczka.

Ten rok był dla 25-letniej mieszkanki Nowego Jorku niczym trąba powietrzna – ostatnio dzieli swój czas równo pomiędzy Brooklynem a wschodnią częścią londyńskiej Kingsland Road (to coach surferka na pełen etat). Tak samo jak Willow SmithSuBo i pies Boo, doznała wątpliwego zaszczytu, jakim jest stanie się „internetową sensacją”. Obecnie jej hit „Video Games” – który pojawił się już chyba wszędzie, począwszy od pokazu Christophera Kane’a, a skończywszy na ostatnim odcinku Made in Chelsea – staje się utworem, który pojawi się na pierwszych miejscach list przebojów.

Szczerze mówiąc, nie potrzeba tu żadnych zabiegów pijarowych. To jedna z tych piosenek, które zostają w głowie, zarówno ze względu na ich prostotę (refren to zaledwie cztery nuty, rozbrzmiewające w rytm akordów w tle) jak i na bardziej kompleksowe poczucie nostalgii, pełne dziwnych kontrastów. Słowa takie, jak: „Mówię, że jesteś najlepszy/Schylam się do pocałunku” emanują smutną, delikatną kokieterią, natomiast refren („To ty, to ty, to wszystko jest dla Ciebie”) pełne są naiwnej szczerości. W końcu pojawiają się też tytułowe gry wideo – zarówno dziwnie niepasujące do reszty, jak i odpowiednio dziecięce.

Zapierający dech w piersiach głos Del Rey – to mieszanka gam głosowych Mazzy Star i Stevie Nicks oraz kruchej siły Nancy Sinatry – wyróżnia się na tle innych utworów na listach przebojów. Nie ma tutaj auto-tune, wysokobudżetowego teledysku ani przebojowego remiksu. Jest tylko Lana, harfy i pianino, co razem daje dreszczową, pokręconą, filmową atmosferę.

 

Wyobrażam sobie, że jest jak jej piosenki, lekko zasmucona i introspekcyjna. Mylę się. Jest roześmiana i pełna energii. Podbiega do przechodzących obok fanów i wyznaje im swoją miłość. Trzepocze powiekami, ciężkimi od eyelinera i sztucznych rzęs, oraz bawi się frędzlami przy swoich fioletowych butach.

Lana (urodzona jako Lizzie Grant) zaczęła tworzyć muzykę w wieku 18 lat. „Zawsze pisałam piosenki, ale wtedy żadne mi się nie podobały. Kiedy rzuciłam szkołę, chciałam tworzyć muzykę, bo uznałam, że jestem w tym dobra i chcę robić coś, co kocham. Tak więc mój wujek nauczył mnie jak grać na gitarze i zaczęłam grywać koncerty. Byłam tylko ja z gitarą, śpiewałam i grałam w kółko pięć chwytów, które znałam”.

Pozwalam sobie zauważyć, że to punkowe zachowanie, że Patti Smith też zna tylko trzy akordy, na co Lana wybucha śmiechem: „Patti, znam o dwa więcej!”. To nie jedyne podobieństwo – Patti zniknęła, dopóki świat nie zaczął zwracać na nią uwagi. „Tak, było wiele chwil, w których myślałam, że »to« się nie stanie. Po prostu dalej normalnie żyłam”.

Wychowana w Lake Placid, w północnej części Nowego Jorku, Lana jako dziecko słuchała Eminema („Wszyscy go słuchali, mieliśmy lata dziewięćdziesiąte”), aż w końcu odkryła Boba Dylana, Nirvanę i Franka Sinatrę, czyli „mistrzów wszystkich gatunków. Czy ich muzyka inspiruje moją? Oni inspirują mnie, a moje życie jest inspiracją dla mojej muzyki, więc w pewnym sensie uważam, że mieli wpływ na moją twórczość”.

Próbuję wyobrazić sobie, jak połączenie Dylana, Cobaina i Old Blue Eyes wpływa na jej codzienność – jej fryzura jest idealna, jej twarz jest idealna, nie ma na sobie garnituru ani dziurawego, starego swetra – przypomina uciekinierkę z Valley of the Dolls połączoną z, jak to ujął jeden bloger, dmuchaną lalką o wyglądzie Natalie Portman.

Może chodzi o jej staromodny, hollywoodzki styl, który tak wielu chce osiągnąć, przy czym jeszcze więcej osób odnosi porażkę. To prawdopodobnie sedno afer, które pojawiły się w sieci – krążą opinie, że ma sztuczne usta i że kiedyś nagrywała pod swoim prawdziwym nazwiskiem. Takie rzeczy nie wywołują oburzenia w odniesieniu do wielu innych gwiazd muzyki pop, ale jeśli chodzi o Lanę, ludzie mają bardzo sprzeczne odczucia. „Moja opinia na ten temat zmienia się w zależności od dnia. Generalnie nikt nie chce, aby ktoś źle o nim mówił. Wydaje mi się, że jeśli coś szybko osiąga popularność, zawsze towarzyszy temu sceptycyzm, ale nie uważam, aby to było usprawiedliwienie nieuprzejmości i okrucieństwa. Jestem pewna, że nie doszłoby do tego, gdybym była mężczyzną. Osobiście nie wierzę w wygłaszanie negatywnej opinii, bo takowa po prostu mnie nie interesuje. Życie jest krótkie – produkowanie negatywnej energii to po prostu strata czasu”.

Prowadzący do zniszczenia splendor estetyki Del Rey to jeden z powodów, dla których ją kochamy. Jej teledyski, przygotowane w domu (jej siostra trzyma laptopa i w ten sposób ją filmuje) i wymieszane ze starymi klipami z YouTube, to mieszanka, dzięki której trafiła na szczyt. Żaden marketer ani reżyser nie podrobiłby naiwności i entuzjazmu, które włożyła w nie piosenkarka.

„Tak, wszystkie moje dotychczasowe teledyski stworzyłam sama. To droga sprawa, a nie posiadałam budżetu, aby kogoś zatrudnić. Myślę, że jeśli chcesz stworzyć własny świat, musisz działać z tym, co masz. A ja nie miałam wiele. Kreowanie mojego wizualnego świata było czymś, do czego przystąpiłam, ponieważ dźwiękowo osiągnęłam wszystko, czego chciałam – stworzyłam mój pierwszy album i musiałam dobrać do niego obrazy. Po raz kolejny przewodnikiem dla mnie była moja intuicja – dobrze czy źle, tak było”.

Przez chwilę gadałyśmy o wszystkim i o niczym. Poruszyłyśmy temat szkoły z internatem (była w jednej z nich, była odrzutkiem, ale nie chce tego tak nazywać), stylistów (ma jednego, ale to bardziej przyjaciel-gej, który pomaga jej znaleźć właściwą sukienkę na konkretne wyjście), najlepszych manikiurzystek (ma długie, akrylowe tipsy) i miejsca, które nazywa domem („Nowy Jork. Albo Paryż. Sama nie wiem”).

Słuchając muzyki Del Rey trudno uwierzyć, ze ktoś tak dziarski mógłby tworzyć tak smutne piosenki. „Bywałam szczęśliwa i smutna; teraz nie jestem już smutna. To nie ma nic wspólnego z muzyką; chodzi o radość z życia, o dostosowanie się do jego zasad i znalezienie spokoju ducha. Jestem szczęśliwa od bardzo dawna – siedmiu albo ośmiu lat”. Czy szczęście daje jej tworzenie muzyki, jaką chce nagrywać?

„Tak” – mówi, po czym dogmatycznie dodaje, że wierzy, iż „ważnym jest kroczenie po ścieżce w kierunku czegoś, co uszczęśliwia Cię pod względem zawodowym. Jeśli nie jesteś szczęśliwy, nie wmówisz sobie, że jest inaczej”.

Czy – jak na razie – cztery miliony odtworzeń „Video Games” ją uszczęśliwiły? „Jestem szczęśliwa przez to, jak jest – mówi, – ale byłam też szczęśliwa przez to, jak było. Mogłabym robić wszystko, ale robię to, co kocham, natomiast nie robię tego, czego nie cierpię. Ale muszą być chyba aspekty, których nie uwielbia?” – uśmiecha się. „Kiedy uznałam, że nigdy do tego nie dojdzie, przestałam i zaczęłam zwyczajnie żyć. Nie byłam na scenie od dwóch lat… więc nie jestem pewna jak to wszystko wyjdzie – nie jestem naturalną ekshibicjonistką”.

To było widać podczas niedawnego występu Lany w programie Later… With Jools Holland. Ubrana na biało, w wielkich, okrągłych kolczykach, niezręcznie włóczyła nogami, patrzyła w dół, a jej głos był chyba jeszcze delikatniejszy niż zwykle. Ale jakimś cudem wszystko to stało się częścią jej uroku – cisza w studiu była wręcz namacalna.

Odpala kolejnego papierosa i palcem u stopy miesza żwir, a dłonie starannie układa na kolanie. Co stanie się z dziewczyną, która przypomniała nam, że pop może być kunsztowny i piękny, której ulubione płyty to ta Lila Wayne’a i ścieżka dźwiękowa „American Beauty”? Której wielki hit powstał w jej domu, na laptopie, i zdobył popularność szybciej, niż zdążysz wypowiedzieć „Bieber”? „Dzisiaj czeka mnie praca z Bobbym Womackiem” oświadcza ze śmiechem. Więc ma rację. Wytrwałość się opłaca.

01~27.jpg 02~21.jpg 03~20.jpg 04~17.jpg 05~17.jpg

ŹRÓDŁO: Wonderland
TŁUMACZENIE: Katarzyna Gawęska
KOREKTA: Adam Rudolf


Host: Fan-Strefa.pl | Reklama