Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „L’Officiel” - Lanaism • Lana Del Rey Polska
 

Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „L’Officiel”

Uwaga! Poniższe tłumaczenie może zawierać błędy.
Opublikujemy nowe tłumaczenie tak szybko, jak będzie to możliwe.

 

Jesteś Amerykanką, ale wydajesz się być bardziej Europejką w środku.
Tak! Mieszkałam 4 lata w Londynie i czuję się tam, jak w domu. Bardzo lubię krajobraz amerykański, ocean i góry w Kalifornii, Nowy Jork… Jednak czuję się zafascynowana Europą.

Bardziej kulturalnie?
Tak, ale również naturalnie. Nie wiem, dlaczego.

Zawsze Cię to przyciągało?
Nie, nie na początku. Przyjechałam tam trochę przypadkowo. Byłam bardziej zafascynowana Kalifornią, ale skończyłam w Europie i pokochałam ją.

W Twoich pierwszych teledyskach konkretnie widać amerykańskie krajobrazy. Czy w Twoim umyśle jest też krajobraz Europy?
Tak, Monako… To znaczy, jak powinno wyglądać. Tak samo jak Cannes. I oczywiście Paryż. Uważałam to za bardzo romantyczne, wiążące się z moją miłością do niektórych filmów. Nostalgia mojego własnego życia, moich wspomnień, to wszystko to ukształciło.

Pojechałaś do tych miejsc?
(uśmiechnęła się) Tak!

Było tam tak, jak sobie wyobrażałaś?
(śmieje się zdumiona) Och, tak. Czasami nawet lepiej. Dzisiaj podróżuję do tylu innych miejsc… To interesujące, bo często znamy tylko jedno miejsce, do którego jesteśmy przywiązani lub nie. Bardzo dużo podróżowałam i czuję się przywiązana do krajobrazów i ludzi, których poznałam. To mnie zmieniło, stałam się inną osobą.

 

To sprawia, że chcesz się z tym podzielić z Twoją rodziną, przyjaciółmi?
Moja siostra jest fotografem, ma duży wkład w moje zdjęcia od wielu lat. Jest bardzo utalentowana. Gdy się rozwijałyśmy, nadal robiłyśmy wszystko razem.
Mój brat ma tylko 19 lat, ale towarzyszy mi w wielu podróżach. Kupiłam również dom w Kalifornii, jeździmy tam razem.

Więc żyjecie tym wszyscy razem?
To ważne. I nie tylko z rodziną, z przyjaciółmi też.

Twoja muzyka podoba się zarówno moim rodzicom, jak i niezależnym raperom. Jak to wytłumaczyć?
Jestem szczęśliwa słysząc coś takiego. Będąc w Stanach Zjednoczonych nie czuję tak tego. Czuję się bardziej lubiana tutaj.

Pod względem muzyki Twoje miejsce jest bardziej tutaj?
Hmm, nie wiem. Bardzo lubię amerykańską muzykę, The DoorsNirvana… Ale w tym momencie tutaj jest mi dobrze. I w Kalifornii też, tam jest ruch muzyczny, z którym czuję się blisko.

Jak produkujesz swoją muzykę?
Spotkałam się z dużą liczbą producentów i w końcu znalazłam tych trzech chłopców, z którymi pracuję dzisiaj. Generalnie, mam pomysł na piosenkę – np. tekst i melodię – i daję im to. Oni następnie tworzą akord i rytm.

W takim razie bierzesz swój telefon i nagrywasz sama.
Tak, dokładnie tak to robię! (naśladuje humorystycznie scenę)

Pracowałaś z francuzem, którego bardzo lubimy – Yoannem Lemoine, znanym też jako Woodkid. Jak się poznaliście?
(uśmiecha się) Kiedy byłam w Londynie, Yoann tam przyjechał. Zaproponował mi na Twitterze, żebyśmy razem poszli do restauracji, zgodziłam się. Nie znałam tam nikogo, nie miałam przyjaciół… To było dość trudne. Powiedział mi, że bardzo lubi moją muzykę i że chciałby być pierwszą osobą, która zrobi teledysk dla mnie. Kilka miesięcy później byliśmy w Château de Fontainebleau i nagrywaliśmy teledysk do „Born to Die”.

Miałaś wrażenie, że ten pałac należy do Ciebie?
Czułam się tak blisko tego miejsca! Wierzę w inny świat, daleko stąd. Miałam wrażenie, że powinnam tam być, że to było oczywiste. Wszystko tak łatwo się powiodło, wszyscy nam pomagali. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Znajdując się w tym zamku, który otworzyli specjalnie dla Ciebie, z tygrysami, żeby nagrywać swój teledysk… W pewnym momencie mówisz do siebie „Wow!”.

Zapytaliśmy Yoanna, czy ma jakieś pytania do Ciebie. Chciałby wiedzieć, czy byliście kiedyś razem, tak, jak było napisane w jednej francuskiej gazecie?
(śmieje się) Nie… Jesteśmy tylko współpracownikami.

Twój świat jest bardzo vintage. Wspominasz nostalgię. Myślisz, że życie było kiedyś lepsze?
To, co było lepsze w latach ’50 i ’60 XX wieku, to to, że ludzie byli podekscytowani życiem. Było to szczęście, że jest wolnym po wojnie. Wszystko było nowe – domy, samochody… Ludzie szybko brali śluby, odkrywaliśmy rock’n’roll, Elvis… Ludzie wyglądali na mniej zblazowanych, niż dziś. Dziś dzieją się naprawdę niewiarygodne rzeczy, np. nowa technologia, ale to coś innego.

Czyli szczęście było po prostu łatwiejsze do zdobycia?
Myślę, że tak. Było mniej powodów do nielubienia siebie i niebycia razem. Amerykańskim marzeniem, marzeniem w ogóle całego świata – była idea rodziny. Dzisiaj amerykańskim marzeniem jest sława. Jeśli zapytasz się kogoś, dlaczego dalej walczy, opowie Ci dużo o sukcesie.

Myślisz, że w dzisiejszych czasach myśli się bardziej o sukcesie profesjonalnym, niż o rodzinie?
Tak. Może kiedyś kobiety wolały relacje z ludźmi, czy rodzinę, która wspierała się nawzajem. Tak się czuło w poezji, w filozofii. Nie kręciło się to wokół sławy. Kerouac i Ginsberg nie pisali, żeby być sławnymi ludźmi – pisali, bo po prostu chcieli. Chcieli nabrać tempa i nie spać całymi nocami, rozmawiać razem o wszystkim i o niczym, ponieważ uważali to za zabawne.

A przy okazji… Jeżeli byś nie śpiewała, publikowałabyś swoje teksty?
O, to interesujące. (myśli) Jeżeli miałabym szansę być traktowana poważnie, bardzo bym chciała. Ale może nie w mojej aktualnej pozycji.

Masz jakieś nawyki, jeżeli chodzi o pisanie?
Nie. Jedyną rzeczą jest to, że muszę być w dobrym humorze. Spotkanie kogoś nowego i nowy cel sprawiają, że chcę pisać. Nawet, jeśli piszę smutne piosenki, nie mogę ich pisać, gdy jestem smutna.

Czyli musisz być szczęśliwa, żeby pisać smutne rzeczy.
Dokładnie. (śmieje się) Czasami wydaję się nieobecna – to dlatego, że jestem pogrążona we własnych myślach. Nie chcę być smutna, ani myśleć o smutnych rzeczach.

To trochę bezczelne pisać, nieprawdaż?
Dokładnie. W końcu to wszystko jest jak malowanie kolorami osobistych doświadczeń.

Widzisz kolory, jak piszesz?
Tak. Obrazy też.

Znasz synestezję?
Nie… (wydaje się być zdziwiona)

Jeżeli powiem Ci „cztery”, jaki kolor widzisz?
Czerwony.

A… „dziewięć”?
Czarny. Ale „trzy” to niebieski.

Dobrze. Nie będziemy miały czasu, żeby o tym porozmawiać, ale ogólnie – normalnie – jak mówimy do kogoś „4”, to widzi cyfrę „4”, a osoby z synestezją często widzą kolory.
Zobaczę! To naprawdę ciekawe, bo czasami z moimi producentami mówimy zwroty takie, jak: „Śpiewaj bardziej niebiesko!”, albo „To za różowe” i się rozumiemy. (myśli) Może to dlatego lubię w moich piosenkach określać rzeczy, tak, jak np. to, że sukienka jest czerwona… Po prostu skupiać się na kolorach.

Czy ludzie otaczający Ciebie dowiedzieli się o Tobie czegoś nowego poprzez Twoje piosenki?
Och, tak. Mój brat i siostra zawsze wiedzieli, że mam artystyczną duszę, ale np. ludzie z miasta, z którego pochodzę, byli bardzo zaskoczeni. Może nie przez mroczną stronę moich tekstów, ale po prostu poznali mnie jako autorkę.

Twoje prawdziwe imię to Elizabeth Woolridge Grant. W jakim momencie zdecydowałaś się zmienić imię?
Jak podpisałam kontrakt, miałam ok. 18 lat. Powiedziałam im, że chcę zmienić imię. Byli zdziwieni, ale powiedziałam im, że i tak to zrobię. Czułam, że chcą mi powiedzieć, że to złe, jakbym nie była sobą.

Lana Del Rey to w takim razie alter-ego. Są jeszcze może inne, które moglibyśmy odkryć?
Nie, nie wydaje mi się, że mam kilka osobowości. Miałam tylko wrażenie, że osoba, którą byłam, nie była tą, która nosiła imię, które rodzice jej dali. To był sposób na powstanie osoby, którą teraz jestem, na bycie bliżej samej siebie.

W takim razie, to byłoby prawie logiczne wybierać samemu sobie imię.
Dokładnie, ale nie możesz tak powiedzieć, bo ludzie ci odpowiedzą: (udaje głos robota) „Nie, moi rodzice mnie tak nazwali!”. To było dość trudne, ludzie pytali się mnie, dlaczego zmieniłam imię, uważali mnie za dziwną osobę. Mi to dało dużo szczęścia. Jak kładę się spać, jestem szczęśliwa, że jestem tą osobą, którą chciałam być.

To nie dziwne, jak ludzie wskazują na Ciebie palcem, bo myślą, że nie jesteś logiczna tak, jak Ty jesteś przekonana, że jesteś?
Jest dziwne. Ale nic nie mówię. Nie mam nic do powiedzenia.

Pokaż im statuetkę The BRIT Awards, którą właśnie wygrałaś w kategorii Najlepszej Międzynarodowej Artystki (przed Rihanną!) i powiedz im: „Wybaczam Wam!”.
(długo się śmieje) Tak!

Poza tym, jakie wiadomości dostajesz w Internecie?
A więc… (wydaje się być wzruszona)

Zobaczysz?
(wygląda poważniej) Tak. Czytam wiadomości.

Płakałaś już czytając pewne rzeczy?
Nie wiem… Tak. Byłam bardzo zdziwiona brakiem profesjonalizmu niektórych dziennikarzy, np., jak w New York Times albo Rolling Stone pisali o mnie fałszywe rzeczy.

Czy powiedziałaś sobie już czytając jakąś krytykę „Może w sumie mają rację”?
Tak. Ale wierzę w to, co tworzę. Wiem, że to, co mówią, nie ma nic do tego, kim naprawdę jestem. To nie znaczy jednak, że mnie to nie niepokoi. To, co wydaje mi się nudne, to to, że są ludzie, którzy tak postępują. To jest poza moim własnym ego. Ta złośliwość mnie smuci.

Więc zapomnijmy o nich, pomówmy trochę o markach! Od H&M do Jaguara. Co sprawia, że wspierasz tak takie marki – dostępne i popularne, a nie niedostępne i luksusowe?
Tak więc, związek między mną, a marką Jaguar jest oczywisty, ponieważ uwielbiam samochody wyścigowe. Uwielbiam prowadzić, to moja pasja. H&M to bardziej podejście z ich strony, na które się zgodziłam.

Wydawać się na tyle dostępna, co niedostępna. Jak to w końcu jest być ikoną?
Może, jak nie myślę, że moja współpraca z tymi markami spowodowały to. To zawsze delikatne odpowiadać na takie pytania. (rozlewa swój sok)

Ikony tak nie robią!
No właśnie, widzisz! (śmieje się)

W utworze „Gods & Monsters” śpiewasz, że życie naśladuje sztukę. Co to znaczy?
Np. w teledysku do „Video Games” wkleiłam filmiki zamku Chateau Marmont. Po tym wideo znalazłam się w sytuacji, która pozwalała mi tam jechać i tam zostawać. Dlatego mam nawet wytatuowane to na ramieniu. (pokazuje swój tatuaż „Chateau Marmont”)

To tak jakby takie przekazanie?
Mam nadzieję! To, k***a, w końcu moja skóra! (śmieje się) Ale widzisz, „życie naśladuje sztukę” to też inspiracja nadana przez dyrektora, przez którego siadam do pisania i którego spotykam przez przypadek w studio. Tam zaczynamy pracować razem i tworzymy nowy świat. To jest bardzo fascynujące. Albo to tak, jak żyć w samochodzie kempingowym mając 18 lat, żeby wyprodukować swoją pierwszą płytę i mieć na dzień dzisiejszy wystarczająco pieniędzy, żeby kupić jeden i wyjechać w trasę, żeby śpiewać ludziom swoje piosenki.

A sukces powoduje, że obawy znikają, czy je wzmacnia?
Zależy, kogo o to pytasz. Ja bardzo łatwo odczuwam przyjemność. Zawsze lubiłam chodzić na długi spacery, rozmawiać z ludźmi anonimowo, rozmawiać z nimi. Lubię czuć się wolna, to również inspiruje mnie do pisania. Ale to czasami bardziej skomplikowane, na dzień dzisiejszy, bo jestem mniej anonimowa, niż kiedyś. W tym sensie, że sukces może zmienić Twój sposób życia. Ale jeśli będziesz rozmawiać z młodą, bardzo ambitną gwiazdą pop, która ma jedyny cel – szczęście – to myślę, że sukces spowodowałby, że jej obawy by zniknęły i byłaby bardzo szczęśliwa.

Więc sukces może sprawić, że ktoś jest szczęśliwy?
To, co może Cię uszczęśliwić, to otrzymać szacunek od innych artystów, np. otrzymać połączenie z kimś, kto robi to samo, co Ty i mówi Ci, że jesteś bardzo utalentowaną osobą.

Czy bałaś się kiedyś myśli o sukcesie?
(myśli) Hmm, szczerze, to nie miałam łatwego życia profesjonalnego. To był udany rok, ale nie zawsze tak było. I gdy już osiągniesz ten sukces, ludzie Ci mówią, że na niego nie zasługujesz. Jeśli w końcu go dostaniesz, to ludzie będą Ci utrudniać życie i będą chcieli Ci w tym przeszkodzić. Tak jest. Oni tacy są.

Mogłabyś żyć bez sukcesu, czy jest to jak narkotyk?
Nie, mogłabym, całkowicie. Tak bardzo lubię ludzi, z którymi pracuję, że mogłabym pracować tak, jak oni. Lubię muzykę. Nie muszę być tą, która śpiewa – lubię też pisać teksty dla innych. Projektory mnie nie pasjonują, pisanie owszem.

Reszta to dodatek?
Tak. Jak jest fajnie. (uśmiecha się)

Co powiedziałabyś komuś, żeby dać mu chęć do pisania?
Pisz, jeżeli czujesz, że nie możesz bez tego żyć. Ja przez to nie śpię przez noce.

Nawet, jeżeli mężczyzna jest z Tobą?
Tak! (śmieje się) Ale jest dobrze, to też autor, on też cały czas pisze. Polecam wszystkim książkę, którą bardzo lubię, „Créateurs d’avant-garde”, ponieważ najpierw pomaga Ci się czuć lepiej i, czując się lepiej, wywołuje wydarzenia, które sprawiają, że jest się szczęśliwym. A jak jesteś szczęśliwy, jesteś kreatywny.

0027E88.jpg 01.jpg 0117E44.jpg 02~0.jpg 03~0.jpg 04~0.jpg 05~0.jpg 06.jpg 07.jpg 08.jpg 09.jpg 10.jpg 11.jpg 12.jpg

ŹRÓDŁO: L’Officiel
TŁUMACZENIE:
 Olivia Mielnik
KOREKTA: Adam Rudolf


Host: Fan-Strefa.pl | Reklama