Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „British GQ” - Lanaism • Lana Del Rey Polska
 

Tłumaczenie wywiadu dla magazynu „British GQ”

Utwór „Video Games” zwiastował nadejście Lany Del Rey jako w pełni ukształtowanej gwiazdy pop, ale to fakt, że jej album podbił listy przebojów oraz nagrody Ivora Novello i GQ potwierdzają, że tajemnicza, kształtna seksbomba nigdzie się nie wybiera. Lana Del Rey, ubrana w zwykłą szarą bluzę, obcisłe, granatowe dżinsy i biały T-shirt, siada na podłodze wielkiego, pozłacanego apartamentu sławnego Hôtel de Paris w Monte Carlo, tuż obok pustej kanapy, odpala papierosa cienkiego niczym patyczek do gry w Mikado, i wyjaśnia, jak bardzo podoba jej się ta część świata.

„To najpiękniejsze miejsce, jakie istnieje” – zachwyca się próbując złapać oddech. „Wiedziałam to, odkąd tylko je ujrzałam”. Odpowiadam, że to zabawne, biorąc pod uwagę, iż Monako jest przedmiotem sporów, gdyż uchodzi za podatkowy raj dla obrzydliwie bogatych ludzi. „Tak…” – Del Rey nagle się uśmiecha. „Ale niektórzy ludzie nie zarabiają nic”. Nie jestem pewien, co sądzić o tym komentarzu. Chodzi jej o to, że ci z nas, którzy nie zarabiają wystarczająco dużo, aby stać się podatkowymi uchodźcami w tym ekskluzywnym, słonecznym państwie, powinni to zaakceptować albo się zamknąć, czy może o coś innego? Przez chwilę jestem zbity z tropu. Słyszałem, że Del Rey jest w tym dobra – bez zażenowania mówi, co myśli, bez względu na konsekwencje, nigdy nie gryzie się w język, wykłada wszystko na stół. Niektórzy, jak ja, uznają takie zachowanie za ożywcze, inni za trochę zbyt konfrontacyjne. Ale Lana ma dobre intencje; jest słodka niczym brzoskwinia, a nawet zdystansowana, jeśli nie trochę dziwna. Nie twierdzę, że jest szurnięta. To słowo wskazywałoby na to, że brzmi jak dziewczyna kolekcjonująca pudełka śniadaniowe Hello Kitty, nosząca trykoty American Apparel i rysująca całymi dniami jednorożce – albo jak Lena Dunham z serialu HBO – „Dziewczyny”.

Nie, Del Rey jest dziwna w dosłownym tego słowa znaczeniu. Osobliwa. Ekscentryczna. Niezwykła. Prawdziwa gwiazda pop. Inna od ciebie i mnie. Jest też wyjątkowo piękna – pofalowane, kasztanowe włosy, wydęte usta, gęste, sztuczne rzęsy. Del Rey jest seksowna, ale też nieosiągalna, niczym gwiazda filmowa z dawnych czasów, której nazwiska nikt nie potrafi zapamiętać, chociaż występowała w filmie, którego nikt nie potrafi nazwać. Zapomnij o kreskówkowym, jaskrawym erotyzmie Nicki Minaj, cyber-punkówy/geishy Lady Gadze i szpanowaniu niegrzecznej dziewczynki, Rihanny – Del Rey reprezentuje inny kierunek wśród ówczesnych gwiazd popu. Jej seksualność jest bardziej wyrafinowana. Bardziej vintage. Okryta pozorami poprawności. Jest pięknością – Instagram potwierdza. Część uroku Del Rey wynika ze starcia się widocznej niewinności z tekstami opływającymi w chęć bycia zdemoralizowaną: „Słyszałam, że lubisz niegrzeczne dziewczynki/Skarbie, czy to prawda?”. Dla mężczyzny takie droczenie się jest magnetyczne.

Kiedy Del Rey pali, siedząc po turecku na drogim, hotelowym dywanie, i wygłasza swoje opinie, wygląda na bardziej zadowoloną, niż była przez dłuższy czas. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę newsy – zeszłej nocy w Londynie wygrała nagrodę Ivora Novello za jej singiel „Video Games” – to zaszczyt, którego pragną artyści, gdyż ta statuetka jest dowodem ich możliwości twórczych i przyznają ją znajomi z branży – teraz została też Kobietą Roku magazynu GQ. Jest naprawdę zachwycona: „Dziękuję. Sam fakt, że ktoś docenia to, co piszę, jest niesamowicie wzruszający. To pewnego rodzaju afirmacja. Po prostu nie sądziłam, że do tego dojdzie. Do tego wszystkiego”.

Piętnaście miesięcy temu świat zakochał się w Lanie Del Rey, a dokładniej w „Video Games”, nagraniu, dzięki któremu szczegóły codziennego życia nabierają dużo większego, mroczniejszego znaczenia. Del Rey śpiewa z rezygnacją, melancholią i uległością w głosie: „Jestem w jego ulubionej sukience/Patrzy, jak się rozbieram/Zabieram jego ciało do centrum”. Wyśpiewuje wyszukane słowa w posępnej tonacji na tle przesiąkniętych fatum dźwięków harf i instrumentów smyczkowych. Chociaż Del Rey twierdzi, że utwór dotyczy miłości i śpiewa o byciu w przepełnionym miłością związku, nie tak to wygląda. Jest zupełnie na odwrót. Cała piosenka brzmi elegijnie – to bardziej piosenka żałobna dotycząca jednej z perspektyw związanych z amerykańskim snem; to idealnie pasuje do estetyki Del Rey. „Napisałam tę piosenkę z Justinem Parkerem, producentem, którego poznałam w Londynie”.

Del Rey, zgodnie z nowymi trendami, opublikowała utwór w Internecie 29 czerwca 2011. Teledysk na jej kanale YouTube obejrzano ponad 40 milionów razy. Del Rey stworzyła go sama na swoim MacBooku, montując klipy, które znalazła w sieci – wyglądające na stare filmiki o skateboarderach, rozwijających się różach, kreskówkach Betty Boo, słońcu nad kanionem LA, napisie Hollywood, o Paz de la Huercie opuszczającej Chateau Marmont po gali rozdania nagród Golden Globes. Czasami w teledysku pojawia się sama Del Rey, rozmazana, w spiętych włosach i z wydętymi ustami, przez co przypomina hipsterską wersję Jackie O. Albo modelkę Ambercrombie & Fitch. Jeśli obejrzysz teledysk bez głosu, jak to zrobiłem, pomyślisz pewnie, że piosenka dotyczy pułapek i kruchości sławy, pragnienia bardziej złotego, dostojnego czasu dla celebrytów – znając Del Rey (będącą bardziej świadomą swojego wizerunku niż jakakolwiek inna gwiazda pop), takie wrażenia nie są przypadkowe.

„Napisałam ją w dwie godziny” – mówi o utworze, który można znaleźć na wydanym w styczniu tego roku albumie, „Born To Die”. „Doszło do tego w środku długiego procesu tworzenia, na czas którego przeprowadziłam się do Londynu. Przebywałam w Sony Writing Room [kreatywne sanktuarium zapewnione przez wytwórnię, które służy jako swego rodzaju boot camp dla przyszłych twórców hitów], Justin tworzył muzykę, a ja słowa i melodię. Napisaliśmy pięć piosenek i zaczęliśmy odpoczywać. Wtedy zaczęłam pisać o tym, co bardzo kocham, o rzeczach idealnie do mnie pasujących. Video Games to jeden z efektów. Nikt wtedy wiele nie myślał o tej piosence; była bardzo prosta, z pianinem w tle. Ale od razu mi się spodobała. Wiedziałam. W takich sprawach moja intuicja nie zawodzi. Nie w kwestii muzyki i ludzi…”.

Zeszłego lata, kiedy piosenka rozeszła się po Internecie i całym świecie, to samo stało się z krytyką wobec Nowej Królowej Sadcore. Oprócz wychwalania utworu, pojawił się też sprzeciw wobec samej piosenkarki – a to wszystko, zanim jeszcze Del Rey oficjalnie wydała chociaż fragment jakiegokolwiek utworu. Ludzie stali się podejrzliwi. Tak jakby utwór był zbyt dobry, a Del Rey zbyt piękna. Kim jest ta enigmatyczna artystka, nazywająca się „gangsterską wersją Nancy Sinatry”? Niektórzy twierdzili, że Lana Del Rey, oprócz utalentowanego objawienia, była także kolejnym wcieleniem folkowej wokalistki (z wydanym wcześniej albumem, który odbił się bez echa), znanej jako Lizzy Grant – tym razem została poprawiona kosmetycznie (okazało się, że według niektórych jej usta były zbyt napuchnięte), przerobiona przez wytwórnię, stała się ambitna i zamiast zostać nowym odkryciem, tak naprawdę była oszustką śpiewającą o życiu w przyczepie, podczas gdy jej ojciec to zarabiający miliony handlarz nieruchomości, który opłacił jej karierę. Internetowe ataki były złośliwe i bezlitosne; internetowe trolle karmiące się cyfrowymi pogłoskami.

Jej amerykańska publiczność była wyjątkowo okrutna. To bolało. Lana przyznaje: „Ludzie byli dla mnie okropni”. Prawda jest taka: Del Rey, urodzona jako Elizabeth Grant w Nowym Jorku 26 lat temu, została wychowana na północy stanu, w Lake Placid. W wieku 14 lat została odesłana przez rodziców do szkoły z internatem Kent w Connecticut. Wyjechała stamtąd, lub, jak głosi legenda, została wyrzucona za złe zachowanie i w wieku 18 lat przeprowadziła się do Nowego Jorku. Dostała się na Uniwersytet Fordham, gdzie studiowała metafizykę, równocześnie grając w klubach i barach – tylko ona, gitara i mikrofon. Dwa lata później Elizabeth Grant dostała ofertę pierwszego kontraktu płytowego – wartego według plotek 10 tysięcy dolarów – i przeniosła się do New Jersey, gdzie zamieszkała w przyczepie. Był rok 2006, a wspomniana wcześniej wytwórnia była małą, niezależną firmą o nazwie 5 Points Records. Pod opieką producenta Davida Kahne’a – który podobno zatrudnił ją przesłuchując tylko jedno nagranie demo – dwa lata później, w październiku 2008, Grant w końcu wydała swoją pierwszą EP-kę pod tytułem „Kill Kill”, na której znalazły się trzy utwory.

Album z prawdziwego zdarzenia ukazał się w styczniu 2010 pod tytułem „Lana Del Ray AKA Lizzy Grant”. Z nieznanych przyczyn – tę część historii sceptycy lubią najbardziej – był on dostępny na iTunes przez zaledwie kilka miesięcy. Następnie zniknął, a Grant wykupiła od wytwórni prawa autorskie. Następnie artystka o nazwisku Lizzy Grant przestała istnieć. W czerwcu 2011, ktoś znany jako Lana Del Rey – tym razem pisane przez „e” – wydał swój „debiutancki” singiel Video Games i trafił pod skrzydła Stranger Records. Kilka miesięcy później podpisała podwójny kontrakt z Interscope i Polydor. Widzisz więc dlaczego wszyscy szukający dziury w całym obrońcy autentyczności pop kultury tak bardzo się zdenerwowali – dla niektórych przypomina to klasyczny przypadek ładnej, ale nieodnoszącej sukcesów gwiazdki pop (Lizzy Grant), która zostaje przerobiona (zarówno dźwiękowo jak i przy użyciu skalpela) w lepiej prezentujący się, bardziej egzotyczny pakunek (Lana Del Rey) przez makiaweliczną wytwórnię płytową i grupę przechwalających się prawników z dolarami w miejscu źrenic. Rzeczywistość nie mogła już bardziej odbiegać od prawdy. Jeśli ktokolwiek stoi za fenomenem Lany Del Rey, jest to Lana Del Rey. A raczej Elizabeth Grant.

„Ludzie zachowują się tak, jakbym próbowała zmienić bieg historii” – wyjaśnia, kiedy pytam, dlaczego wykupiła prawa autorskie do swojego pierwszego albumu, który następnie zniknął z iTunes. „Nagrałam ten album w 2008 roku, tak samo, jak moją EP-kę, ale wytwórnia, z którą miałam wtedy kontrakt, czekała z premierą aż trzy lata. Myśleli, że prawa wykupi jakaś większa korporacja, ale tak się nie stało, więc w końcu zdecydowali się wydać tę płytę sami. Wtedy minęły już trzy lata i bardzo się zmieniłam, chciałam już mieć wszystko pod kontrolą i najłatwiej było wykupić prawa. Ten album dalej jest dostępny w sieci, każdy może go posłuchać; to nie jest okropny, zagubiony krążek, którego nienawidzę i do którego nie chcę się przyznać. W sumie jestem z niego całkiem dumna”.

Więc dlaczego i jak, przez pięć lat od 2006 roku, Lizzy Grant stała się Laną Del Rey? Raperka Princess Superstar, która zaprzyjaźniła się z przechodzącą metamorfozę Del Rey w Nowym Jorku i pomogła młodej piosenkarce odnaleźć nową wizję i głos, mówi tak: „Nigdy nie rozumiałam kontrowersji na temat autentyczności Del Rey. Wszyscy artyści mają personę. Nie stworzyła jej żadna firma. To jej piosenki, jej melodie, jej śpiew – zawsze ciągnęło ją do stylu lat sześćdziesiątych”. Dawna mentorka Del Rey ma całkowitą rację. Od kiedy gwiazdy pop są „nieautentyczne” ze względu na zmiany? Czy to nie o to właśnie w tym wszystkim chodzi? Czy to nie ten precyzyjny aspekt ich osobowości przyciąga nas do nich? Kto chce Davida Roberta Jonesa kiedy możemy mieć Ziggy’ego Stardusta? Po co komu Stefani Joanne Angelina Germanotta zamiast Lady Gagi? Po co komu Lizzy Grant?

„To było dziewięć lat temu”. Niektóre odpowiedzi dotyczące rozwoju i ewolucji Lany Del Rey nasuwają się same, jeśli wiemy, że kiedy była młoda, bardzo młoda, mniej więcej od 13 do 18 roku życia, Del Rey dużo piła. Bardzo dużo. Jeszcze zanim stworzyła obecną personę, Lizzy Grant wyglądała na osobę starającą się uciec od czegoś, a raczej od kogoś – samej siebie. „Minęło dziewięć lat, odkąd ostatni raz się napiłam” – wyjaśnia kwestię, o której nigdy nie mówiła tak otwarcie. „To dlatego w wieku 14 lat zostałam wysłana do szkoły z internatem, żeby przestać pić”. Zadziałało? „Wtedy piłam bardzo dużo. Robiłam to codziennie. Piłam w samotności. Myślałam, że cały ten koncept był k****sko fajny. Większość materiału, który znalazł się na »Born To Die«, dotyczy tych szalonych lat. Często, gdy piszę o osobie, którą kocham, czuję się tak, jakbym pisała o Nowym Jorku. Z kolei – kiedy piszę o czymś, co straciłam, czuję się, jakbym pisała o alkoholu, ponieważ to była pierwsza miłość mojego życia. Jasne, kochałam też ludzi, ale alkohol był ważniejszy”. Pytam Del Rey, jak pokonała problem alkoholowy. „Moi rodzice bardzo się martwili, zresztą ja także. Zdałam sobie sprawę, że mam problem, kiedy zauważyłam, że picie jest dla mnie fajniejsze, niż cała reszta. Pomyślałam sobie: »Jestem w dupie. W ciemnej dupie«. Na początku jest fajnie i wydaje ci się, że masz mroczną, ekscytującą stronę, ale później widzisz, że ta ciemna strona zawsze wygrywa, bo się jej poddajesz. Poza tym, kiedy masz tego świadomość, żyjesz zupełnie inaczej, czujesz się jak inny gatunek człowieka. To było przerażające. To najgorsze, co mnie spotkało”. Narkotyki też stały się częścią jej życia: „Pod koniec brałam już wszystko”. Heroinę? „Nie. Ale wszystko inne, dzięki czemu czułam się oryginalna”.

Ostatecznie Del Rey opuściła szkołę i trafiła na odwyk. „Wróciłam do Nowego Jorku i zaczęłam pracować przy programie mającym na celu niesienie pomocy narkomanom i alkoholikom w Brooklynie”. Do dzisiaj tak pracuje. „To jedyne, co się dla mnie liczy. Muzyka to luksus, tak samo jak przebywanie tutaj, w Monako”. To podczas odwyku w Brooklynie, w wieku 18 lat, przygoda Del Rey z muzyką wreszcie się rozpoczęła. Chociaż to jej wujek nauczył ją gry na gitarze, wzorowała się na innych ludziach, na nieznajomych, to u nich szukała inspiracji. Zaczęła odkrywać miasto. Sama. Nieustraszona. „Interesuje mnie przebywanie tam, gdzie nie ma ludzi”– wyjaśnia. „Kiedy byłam młoda, czułam się przytłoczona i skołowana, bo nie chciałam skończyć w biurze, gdzie robiłabym coś, w co nie wierzę”.

Tak więc, zrobiła to, co zrobiłaby każda ciekawska, osiemnastoletnia uczennica wychodząca z nałogu – zaczęła spacerować ciemnymi uliczkami i szukać kłopotów. „Byłam ukrytą poszukiwaczką przygód. Łaziłam po mieście, włóczyłam się w różnych miejscach z różnymi ludźmi i w ten sposób uczyłam się, co mi się podoba”. Del Rey nazywa swoje hobby „poszukiwaniem nieznajomych”. Dodaje: „To nadal moja pasja. Po prostu wychodziłam z mieszkania w Brooklynie albo na Manhattanie z zamiarem poznania kogoś z taką samą energią, jak moja. Po prostu trzeba ją pokazać. Zawsze na kogoś wpadałam i mówiłam: »Przepraszam, z kieszeni wystają ci pieniądze«”. I co dalej? „Jeździliśmy na motorach albo gdzieś szliśmy. To cudowne, co się dzieje, kiedy pokazujesz światu swoje zainteresowania i mówisz o tym, czego chcesz – musisz tylko to wiedzieć. Nie chciałam niczego, oprócz tego, abym każdego dnia mogła poczuć się kimś innym. Chciałam próbować różnych rzeczy. Czułam, ze żyję. Ale trzeba mieć jakieś granice. Nie można ich przekroczyć”. To wszystko brzmi dla GQ trochę niebezpiecznie. Jazda na motocyklach z obcymi ludźmi. Podrywanie dziwnych facetów na ulicy tylko dla zabawy. Czy miała jakieś nieciekawe doświadczenia? „Nie, nigdy. Jestem niezależna. Po prostu wszystko jest u mnie inne. Nigdy nie chciałam normalnego życia”. Czy utrzymuje kontakt z nieznajomymi, których poznała? „Z niektórymi”. Pytam Del Rey, czy wierzy w bratnie dusze. „Tak. Ale myślę, że każdy ma ich więcej, niż tylko jedną. Mogę spotkać taką osobę, ale inni ludzie też mogą być moimi bratnimi duszami. Już to widziałam – ludzie mają swoje prawdziwe miłości, ale otaczają ich jeszcze inne”. Nagle się rumieni i dodaje: „Kobieta Roku GQ to poligamiczna poszukiwaczka przygód!”.

Do niedawna prawdziwą miłością Del Rey, oprócz alkoholu, była Ameryka, a konkretnie jej rodzinne miasto, czyli Nowy Jork. Ze względu na krytykę skierowaną w jej stronę na początku tego roku – najgorzej było po jej występie w programie Saturday Night Live, podczas którego ton głosu Del Rey był w pewnych momentach niewątpliwie zbyt niski – przygnębiło ją jak część jej kraju tak ostro ją zaatakowała. Przykre słowa całkowicie znokautowały piosenkarkę, a rany nadal się nie zagoiły: „Ta sytuacja nie miała wpływu na moje pisanie, a jedynie na szczęście. Popadłam w depresję, ponieważ bardzo kocham Nowy Jork. Tutaj się urodziłam, to było moje miasto. Miałam zamiar tam umrzeć”. Nawet teraz, rok po tym zdarzeniu, występy na żywo to dla Del Rey najtrudniejsze sytuacje – trudno ich uniknąć, jeśli jest się gwiazdą pop. Kiedy w tym roku ujrzała na Coachelli hologram Tupaca Shakura, powiedziała do swojego menadżera: „To przyszłość moich tras koncertowych”. I nie do końca żartowała. Jakby tego było mało, krytycy nie tylko twierdzili, że Del Rey nie napisała swoich piosenek, ale oskarżono ją także o stworzenie teledysku do „Video Games” nie biorąc pod uwagę praw autorskich. Czy czuje się zdradzona przez Amerykę? „Nie, miłość mojego życia po prostu odeszła. Społeczność Hollywood jest dla mnie bardzo dobra, a wcale nie musi tego robić – w Nowym Jorku jest inaczej. Jako osoba, która bardzo przywiązuje się do miejsc ze względu na ich energię i piękno, muszę powiedzieć, że Nowy Jork był moim ideałem. Ta strata sprawiła, że czułam się, jakby moje życie dobiegło końca. To wyjątkowe doświadczenie, konieczność nauczenia się miłości do tych, którzy nie odwzajemniają tego uczucia. Niewielu ludzi musi tak żyć – bez swoich ikon, idoli czy własnego kraju. Wiem, że za rok ludzie nie będą już słuchać mojej muzyki, ale nie cofnę już czasu i nigdy nie odzyskam miejsc, które były mi tak bliskie”.

Krytyka sięgnęła takiego poziomu, że ze względu na smutek, który ogarnął Del Rey, w tym albo w zeszłym roku była bliska wciśnięciu po raz kolejny przycisku uruchamiającego autodestrukcję. Tak było. Dawno się tak nie czułam. Od dwóch ostatnich lat bardziej się denerwuję, co uruchamia te wszystkie uczucia, wiem, że nie wszystko mogę kontrolować. Im wszystko staje się większe, tym łatwiej jest dopuścić, aby znowu wszystko wróciło. Kiedy czuję się przytłoczona, trudno jest mi się bronić. To między innymi dlatego wolę, kiedy wszystko jest na mniejszą skalę, kiedy gram w małych salach, czego zawsze pragnęłam”. Problem polega na tym, że Lizzy Grant może i miała szansę na karierę na małą skalę, ale dla Lany Del Rey nie ma już nadziei. „Born To Die” zajął w tym roku pierwszą pozycję w czternastu krajach. Zachowanie anonimowości podczas spacerów po ulicach, zbudowanie muru broniącego ją przed krytykami, życie z utraconymi miłościami – dla Lany Del Rey nic nie będzie łatwe. Dla kogoś, kto tak bardzo pragnie wolności, opanowanie, nawet w splendorze Monako, jest prawdopodobnie czymś trudniejszym do osiągnięcia, niż się wydaje. Zamieszanie wokół tej fantastycznie oryginalnej gwiazdy pop – i cudowna postawa Del Rey wobec jej publiki – sprawia, że wszystkie te konflikty wyłaniają się na powierzchnię za pomocą jej głosu. W pewnym sensie, piosenkarka nie mogłaby już bardziej przypominać tego pięknego, przeklętego miasta – pozłacane miejsce z sercem ukrytym w mroku; prawdziwe, ale jednak nieautentyczne; raj z zewnątrz, więzienie od wewnątrz. To prawdziwe widowisko. W końcu co jest bardziej kuszące od bardzo niegrzecznej dziewczynki desperacko starającej się być grzeczną?

2242-GQBMV-05C-110_053-copy_GQ_28Sep12_pr_b_1445x878.jpg 2242-GQBMV-07C-110_011-copy_GQ_28Sep12_pr_b_1445x878.jpg 5558.jpg 7NpGT4LlQm8.jpg 9nnpexoYftM.jpg buNmRBBPOtk.jpg DqwQ4vNq9rM.jpg DsWzs9W2mIA.jpg Jnr8ob-3aG8.jpg Lana-del-Rey-piedi_28129.jpg Lana6_GQ_12Sep12_pr_b_1445x878.jpg Mariano.jpg Mcn4kAX9HtA.jpg nr6JbZ54zA4.jpg

ŹRÓDŁO: British GQ
TŁUMACZENIE: Katarzyna Gawęska
KOREKTA: Adam Rudolf


Host: Fan-Strefa.pl | Reklama